Karol Semik: to wyborcy ocenili, że chcą zmiany, nie ja

Jeśli uczniowie zaczną wybierać szkoły zasadnicze i technika, to znaczy, że takie jest ich zapotrzebowanie. Sieć szkół musi być pod tym względem elastyczna. Nie można na tej samej płaszczyźnie stawiać oczekiwań związanych z gwarancją pracy i oczekiwań młodych ludzi - mówi Karol Semik

Jeśli uczniowie zaczną wybierać szkoły zasadnicze i technika, to znaczy, że takie jest ich zapotrzebowanie. Sieć szkół musi być pod tym względem elastyczna. Nie można na tej samej płaszczyźnie stawiać oczekiwań związanych z gwarancją pracy i oczekiwań młodych ludzi - mówi Karol Semik

Anna Jurek: Jak się pan czuję w nowej roli?

Karol Semik, wiceprezydent Radomia: Nowa jest funkcja. To, czym teraz się zajmuję, nie jest mi obce. Zarządzałem VI LO im. Jana Kochanowskiego przez 17 lat, wcześniej byłem wicedyrektorem w Zespole Szkół Zawodowych im. Hubala, co sobie bardzo cenię, poznawałem system kształcenia zawodowego, co prawda w innych realiach, ale było to dla mnie ważne doświadczenie. Ostatnio sprawowałem nadzór nad dyrektorami szkół i placówek Mazowsza jako kurator oświaty. Poznawanie innych rozwiązań stosowanych przez różne placówki nie tylko w Warszawie, lecz także w takich miejscach jak Płock, Siedlce, Ostrołęka, Ciechanów to także cenne doświadczenie. To wszystko jest tym kapitałem, jaki będę pożytkował już jako wiceprezydent odpowiedzialny za edukację i kulturę.

Po pana poprzedniku została Strategia Rozwoju Radomskiej Edukacji. Dzieło życia poprzedniego wiceprezydenta, jak sam stwierdził. Czy wykorzysta pan ten dokument?

- Jest to dokument, który można wykorzystać na pewno nie w całości, ale w pewnych fragmentach. Ma charakter opisowo-naukowy. To pewna wizja stworzona przez zespół, który nad strategią pracował. Wizja ta jednak nie jest dopracowana w szczegółach. Przedstawiony jest zbadany stan, pewne oczekiwania, ale brak informacji, jak te oczekiwania czy zadania należy zrealizować. Będę posiadał ten dokument w swojej wiedzy, ale niekoniecznie będzie dla mnie wytyczną do zadań, za które jako wiceprezydent jestem odpowiedzialny.

W strategii jako jeden z minusów radomskiej edukacji wskazany jest brak doradztwa zawodowego i brak współpracy szkół z firmami. Wprowadzenie tych form do kształcenia miałoby sens.

- W ubiegłym tygodniu w czwartek odbył się Konwent Naczelników i Dyrektorów Wydziałów Oświaty Starostw Powiatowych Województwa Mazowieckiego, tam m.in. rozmawiano o wykorzystaniu pieniędzy unijnych. Jednym z pięciu elementów jest przeznaczenie tych funduszy na doradztwo zawodowe. Doradztwo w obecnym kształcie nie jest żadnym systemem, często jest realizowane w sposób czysto formalny. Młodzi radomianie, gimnazjaliści czy licealiści mogą powiedzieć: tak, miałem do czynienia z doradztwem, ale na pytanie, co dało ci to doradztwo, nie usłyszałbym szczegółowych odpowiedzi.

Moim zadaniem jest stworzenie systemu doradztwa w oparciu o trzy filary. Pierwszy to edukacja, drugi to uczelnie wyższe, w liczbie mnogiej, ponieważ często zapominamy, że to jest spektrum uczelni, oczywiście, największą jest Uniwersytet Technologiczno- Humanistyczny, ale przecież są jeszcze inne, które mogą coś ciekawego do doradztwa wnieść. Trzeci element to pracodawcy. Wszystkie elementy trzeba spiąć w całość. Odbyłem już rozmowy na kilku uczelniach. Jest między nimi pewna konkurencja, ale przecież podmioty, które ze sobą konkurują, mają też potrzebę wspólnego działania, bo mają wspólny cel - chodzi o nabór na studia osób, które będą właściwie przygotowane. Miałem także spotkanie z przedstawicielami Izby Przemysłowo-Handlowej z branży mechanicznej głównie, ale chciałbym poznać także inne branże i przedstawicieli małych i średnich firm. Mówi się, że małe czy średnie firmy niewiele mogą. To nieprawda. Suma tych mniejszych przedsiębiorstw może być dużym potencjałem. Wszystkie te strony są zainteresowane współpracą.

Szkolnictwo zawodowe w Europie Zachodniej ma zupełnie inny wymiar. To są centra kształcenia zawodowego, które się składają z centrów kształcenia ustawicznego i praktycznego. W Radomiu potrzebne jest centrum kształcenia zawodowego, które będzie posiadać szerokie uprawnienia, jeśli chodzi o egzaminy na kwalifikacje zawodowe, aby nasi uczniowie nie musieli jeździć do innych ośrodków. I tak to też robi się na Mazowszu, na przykład w Mińsku Mazowieckim.

Doradztwo zawodowe to nie jest tylko doradca w szkole. Nauczyciele muszą wiedzieć, na czym polega sens doradztwa zawodowego i każdy nauczyciel powinien umieć doradzić uczniom, co jest jego dobrą stroną. Uczelnie wyższe i pracodawcy pokazują ten wybór. Uczeń, który chce pójść w określony zawód, powinien mieć okazję poznać, jak ten zawód wygląda. Tak jest w Niemczech. Tam uczniowie mogą spróbować się w zawodzie, który chcą wybrać.

Przez kilka ostatnich lat władze stawiały na rozwój szkolnictwa zawodowego, ale egzaminy zawodowe w ubiegłym roku poszły bardzo słabo. W niektórych szkołach nie zdało 70 proc. uczniów.

- Ja mam wiedzę ogólnowojewódzką i te wyniki są bliskie średniej krajowej. To efekt transformacji szkolnictwa zawodowego. Do niedawna egzamin zawodowy to było pisanie na papierze o swojej wiedzy i umiejętnościach, od 2012 roku wróciliśmy do innego modelu i tu ważne są umiejętności praktyczne na wysokim poziomie. Takie wyniki egzaminu ujawniają słabe przygotowanie praktyczne absolwentów.

Dyrektorzy szkół nie ukrywają, że być może uczniowie są gorzej przygotowani, bo nie ma odpowiedniego, nowoczesnego sprzętu, na którym mogliby praktykować. Narzekają, że wyposażenie warsztatów jest kiepskie, bo brakuje na to pieniędzy.

- Powtarzam, to jest okres transformacji. Nie ma czarodziejskiej różdżki, za dotknięciem której coś się pojawi. Musimy mieć świadomość ograniczonych warunków, jeśli chodzi o dostęp do kształcenia zawodowego i egzaminowania. Wiele zależy od działań nauczycieli, a przede wszystkim dyrektorów szkół. W ubiegłym roku we wrześniu była uroczysta mazowiecka inauguracja roku szkolnego w szkole zawodowej w Płocku, która miała zostać zlikwidowana. Dzięki determinacji wielu osób i instytucji, m.in. władz miasta, ale głównie dyrektora szkoły i pracowników, ta szkoła nie tylko nie upadła, ale ma bardzo dobrą perspektywę. To, co uczeń ma tam do dyspozycji w pracowniach, jest dostępne w przyszłym miejscu pracy. Ale w wyposażeniu sal brali udział pracodawcy, którzy też muszą zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli nie zainwestują, to uczeń będzie kształcił się na obrabiarkach, których się już nie stosuje. Szkoły także muszą walczyć o wsparcie i o pieniądze unijne na doposażenie. W tym roku jest do rozdania w naszym województwie na doposażenie szkół w zakresie szkolnictwa zawodowego i doposażenie sal ponad 63 mln euro, po które szkoły mogą sięgnąć. Trzeba szybko działać. To duża kwota i trzeba te pieniądze wykorzystać.

Kiepsko poszły również egzaminy maturalne w technikach. Ok. 50 proc. uczniów nie zdało. Może należałoby zachęcić dyrektorów do wprowadzenia progów punktowych. Do techników dostają się uczniowie z bardzo słabymi wynikami

- To kwestia pewnych wyborów, głównie wyborów rodziców. Uczeń może iść do szkoły zawodowej, technikum lub liceum. Jeśli ja posyłam swoje dziecko do liceum, muszę mieć świadomość, że chcę, by moje dziecko poszło na studia. Jeśli posyłam do technikum, pójście na studia wciąż jest w możliwościach dziecka. To także jest trudna szkoła - trzeba zdać maturę i zdobyć tytuł w zawodzie. Wybór zawodu też musi być dostosowany do umiejętności dziecka. Uczeń, który jest w szkole zawodowej, może kontynuować naukę w technikum i to w dodatku zaczyna od drugiej klasy.

Rodzice muszą zrozumieć, co jest celem kształcenia w poszczególnym typie szkół. Powinni to uświadamiać rodzicom m.in. nauczyciele. Jest to jedno z zadań doradztwa zawodowego.

Nie jestem zwolennikiem progów punkowych na jakimkolwiek etapie kształcenia. Pedagogika pozytywna zakłada, że to, iż ktoś osiąga określony wyniki na pewnym etapie kształcenia, jeszcze o niczym nie przesądza. Uczeń może być przeciętny w gimnazjum i nagle jego talent się ujawni w technikum. Rozwój intelektualno-biologiczny młodego człowieka nie jest schematyczny. W wielu młodych ludziach jest potencjał, który trzeba umieć wydobyć.

Ale dyrektorzy podkreślają tę zależność - słaby uczeń w gimnazjum osiąga słabe wyniki na maturze.

- W takim przypadku oznacza to mobilizację dla nauczyciela. Jeśli przyczepimy uczniowi etykietę, że jest słaby, to należy zadać sobie pytanie, czemu służy bycie nauczycielem. Ucznia trzeba motywować. Nauczyciel nie może stwierdzić, że uczeń już nie jest w stanie nic więcej osiągnąć. To jest niepedagogiczne. Jeśli nauczyciel tak twierdzi, to bardzo słabo opiniuje swoją pracę.

Czy będzie zgoda na tworzenie dodatkowych klas w technikach, gdyby chętnych było więcej niż miejsc?

- Nie tylko będzie na to zgoda, będę się wręcz z tego cieszył. Myślę, że nastąpi taki moment, może jeszcze nie za mojej kadencji, że rodzice przekonają się, że skierowanie syna lub córki do technikum, ma wiele walorów praktycznych. Ale kierunki kształcenia muszą być dostosowane do wymogów rynku pracy w Radomiu. Żeby absolwenci nie musieli poszukiwać pracy w innych miastach.

Dodatkowe klasy w technikach to jednocześnie bolączka dla nauczycieli z liceów, którzy przed każdym naborem martwią się o swoje etaty.

- Nie może być tak, że sieć szkół w danym mieście jest tworzona na potrzeby zatrudnienia nauczycieli. Sieć szkół to system kształcenia dla potrzeb młodych ludzi. Jeśli uczniowie zaczną wybierać szkoły zasadnicze i technika, to znaczy, że takie jest ich zapotrzebowanie. Sieć szkół musi być pod tym względem elastyczna. Nie można na tej samej płaszczyźnie stawiać oczekiwań związanych z gwarancją pracy i oczekiwań młodych ludzi. Szkolnictwo jest tworzone dla młodego człowieka i to on jest podmiotem systemu. Sztuką jest być dobrym nauczycielem, ci dobrzy nauczyciele nie są zagrożeni.

Dyrektorzy w rozmowach podkreślają, że zmuszeni są do zwalniania nawet dobrych nauczycieli, bo nie ma uczniów, a jak nie ma uczniów, to nie ma także godzin dla pedagogów.

- Są zmuszeni i nie ma co nad tym dyskutować. Spotkałem się ze wszystkimi grupami dyrektorów szkół na poszczególnym etapie nauczania, przekazałem pewne wytyczne. Obowiązkiem dyrektora, który poszukuje nauczyciela do pracy, będzie pisemne sprawdzenie w Powiatowym Urzędzie Pracy w Radomiu, czy nauczyciel danego przedmiotu jest zarejestrowany w tym urzędzie. Pierwszeństwo w zatrudnieniu będą mieć nauczyciele z kwalifikacjami, ale bezrobotni, a nie nauczyciele pracujący już w innych szkołach. Ważne, byśmy byli solidarni zawodowo.

A co z mniej licznymi klasami?

- Realizuję ten pomysł, ale potrzeba na to czasu. Klasy 1-3 nie mogą mieć więcej uczniów niż 25, akurat tego zapisu nie rozumiem jako nauczyciel i jako rodzic. Zaproponowałem, by w zapisie ustawy było albo 24 albo 26 uczniów i to nie jest banalne, że dziecko na tym etapie edukacji chodzi często w parach i pozostaje nam jedno, które pary nie ma. To dla takiego ucznia problem i ma to konsekwencje psychologiczne.

W tym roku szkolnym wprowadziłem zapisy, że klasy 4-6 i klasy gimnazjalne mogą liczyć od 26 do 30 osób, natomiast klasy ponadgimnazjalne od 28 do 32. Będę to chciał obniżać. Ideałem byłoby zejście do 26 uczniów we wszystkich klasach w różnych stopniach edukacji. To jednak nie jest możliwe tak szybko, ponieważ wymaga nakładów finansowych.

Niebawem rozpoczyna się nabór do przedszkoli. Wystarczy miejsc dla wszystkich chętnych?

- Będzie musiało wystarczyć. Edukacja przedszkolna jest dla mnie niezwykle ważna. Rozwój małego dziecka ukształtowany w przedszkolu ma swoje konsekwencje w kolejnych latach edukacji. Cieszę się, bo wówczas, kiedy ja byłem kuratorem, wychowanie przedszkolne stało się powszechne, a to szczególnie ważne dla terenów wiejskich.

Za rok gmina będzie musiała zapewnić miejsca w przedszkolach wszystkim czteroletnim dzieciom, bo każdy rodzic będzie miał prawo czterolatka do przedszkola posłać. Będę wręcz namawiał rodziców, żeby z tego prawa skorzystali.

A przedszkola są na to przygotowane?

- Tak, ponieważ w szkołach podstawowych będzie można umieszczać oddziały przedszkolne i za dwa lata tworzyć zespoły przedszkolno-szkolne. To wymaga pewnych inwestycji, ale jeśli już zaplanujemy te wydatki, uda się je zrealizować. Rozmawiałem na ten temat ze skarbnikiem, dyrektorem wydziału inwestycji i wiceprezydentem Frysztakiem.

W grudniu rozmawialiśmy na temat oszczędności. Zapewnił pan, że da się oszczędności poszukać w tej kwocie, którą pan dysponuje, bez szkody dla innych dziedzin edukacji. Czy rzeczywiście?

- Znalazłem oszczędności, nie chcę zdradzić szczegółów. Z takich oszczędności właśnie pochodzi suma przekazana Zespołowi Szkół Elektronicznych, niemała, na doposażenie warsztatów. Szkoła będzie mogła przeprowadzać egzaminy kwalifikacyjne w swojej placówce. Nie brałem na tę nagrodę dodatkowych pieniędzy z miejskiej kasy. Znalazłem je w tym, czym dysponuję.

W kuratorium było podobnie. Miałem niezmienny budżet, a co roku w coś inwestowaliśmy, ale racjonalizowaliśmy wydatki związane z opłatami za prąd elektryczny, ogrzewanie czy ubezpieczenia samochodów. Są rzeczy, gdzie można zaoszczędzić. Podobnie jest tu. I jeszcze nie skończyłem, będę szukał pieniędzy, które wzmocnią szkoły, pieniędzy na inwestycje.

Czy dużo trzeba było naprawiać po poprzedniej władzy? Osiem lat rządów poprzedniej partii to niemało.

- To pytanie z tezą, że trzeba było coś naprawiać.

A nie trzeba?

- Zawsze wyznawałem zasadę, że jedyne, co stałe w naszym życiu, to zmiana. To wyborcy ocenili, że chcą zmiany, nie ja. Nie chciałbym tego określać w kategoriach naprawiania, ale spełnienia woli mieszkańców miasta. Coś można zrobić inaczej, przy czym słowo inaczej rozumiem jako lepiej.

Bardzo ważne jest współdziałanie, dobra atmosfera. Szczególnie w obszarze kultury widać, że skuteczność we współdziałaniu jest mała. Trzeba nad tym popracować.

radom.gazeta.pl/radom/1,48201,17525853,Karol_Semik__to_wyborcy_ocenili__ze_chca_zmiany__nie.html